->
 



 Aktualności


 Autobiografia


 Powieści


 Poezje


 Filmy


 Seippowie


 Humidor


 Wywiad


 Kontakt





Powieści

OSTATNIA MIŁOŚĆ
ROMANS PORNOGRAFICZNY DLA MŁODZIEŻY I RODZICÓW

(ukończona w marcu 2013, opublikowana w marcu 2016)


Wypiliśmy. Nie każdy lubi mrożoną whisky. Ja tak. Ta była naprawdę zimna. Mlaskaliśmy sobie przez chwilę w milczeniu. Michał podniósł butelkę, nadstawiliśmy kieliszki. Drugi łyk był jeszcze lepszy.
– Rysiu?
– Nie, nie, młodszy jesteś. Leć ty.
Michał polał ponownie, nie zapominał o tym przez cały czas swojego opowiadania.
– Sam będziesz musiał wymyślić początek lawiny, która zgniotła tupolewa. Nie wiem, ile pamiętasz z czasów przemiany ustrojowej…
– Ja? A co ty o tym możesz wiedzieć? Nie było cię pewnie na świecie.
– „No co ty, tato?”. Mam trzydzieści lat. Wtedy byłem w podstawówce, ale zwerbowali mnie już na studiach. Wyłuskali mnie z treningu krav magi – zamilkł nagle, popatrzyli się na siebie z Ryśkiem.
– My tylko w i e m y, co się stało – pomógł mu Rysiek. – Chcemy się stąd zmyć, ale przedtem pragniemy spełnić swój obywatelski obowiązek. A bardziej uczciwie, to nie mamy pomysłu, co z tym fantem zrobić.
– Rysiek wymyślił sobie dzisiaj, że przecież to nie jest tajemnica państwowa, tylko poliszynela. Do rana wsuniemy w odpowiednią teczkę raport ze spotkania z tobą. Nikt tego nie będzie czytał, a choćby nawet, to najwyżej parsknie śmiechem.
– A nie zabiją mnie? Jak ktoś strąca samolot z prezydentem, to przejechanie na ulicy pijanego pisarza będzie dla niego jak splunięcie. Widziałeś, jak się skończył Autor widmo Polańskiego? Pyk i po krzyku.
Przez chwilę piliśmy w ciszy.
– Tamto nie było z zemsty, tylko po to, żeby facet dalej się w tym nie grzebał. Mieli powód. A ty? Napiszesz, poszło, bierzesz się za coś innego. Na przykład 16 opowiadań o Janie Pawle II. Albo jeszcze lepiej o Wyszyńskim, na nim artyści wciąż mało jadą, żeby zarobić. Masz czyste pole.
– Odwal się, akurat piszę książkę o czasach Wyszyńskiego.
– Wiem. – Rysiek przechylił się, żeby mnie lepiej widzieć. – Szatański plan, jak to Chruszczow próbował zniszczyć wiarę katolicką w Polsce – powiedział do Michała. – Bardzo fajne, dlaczego przerwałeś?
– Grzebaliście w moim komputerze? – ogarnęła mnie zgroza. Słyszy się o tym, ale w Waszyngtonie, nie w Dąbrowie!
– Ty w ogóle pozujesz na jakiegoś nieudacznika. Dlaczego jeszcze nic nie napisałeś o Auschwitz? O powstaniu warszawskim? O getcie? O Polsce, której już nie ma? Gdybym nie wiedział, zapytałbym: z czego ty żyjesz, człowieku?
– Chyba się nie dogadamy. Wybraliście mnie do swojej manipulacji, mnie to nie pochlebia. Bo to znaczy, że uważacie mnie za durnia, który da się wodzić za nos – wstałem z ławki.
– Prezydent nie zginął z przyczyn politycznych. – Rysiek zniżył głos, rozejrzał się. – Zginął z powodu miłości. Wielkiej, namiętnej, niszczącej wszystko po drodze, nieakceptowanej przez świat miłości. Takiej jak twoja.

 Powrót do góry

KRÓLEWNA
(ukończona w maju 2005, opublikowana w marcu 2008)


– Rozmawialiśmy niedawno, oblewaliśmy moje nowe mieszkanie, moje satanistyczne dekoracje. Piotr był zachwycony. Opowiadał mi niestworzone historie o pogańskich obrzędach i że teraz też tak robią. Cytował Aleistera Crowleya i jego wskazówki, że "najlepsze do złożenia w ofierze jest niewinne dziecko płci męskiej o wysokim stopniu inteligencji." Że wciąż istnieją kulty, w których podczas czarnych mszy zapładnia się kobiety po to, aby dokonać jak najpóźniejszej aborcji, a co robią z płodem… nie będę tego powtarzać. Byliśmy napaleni haszem, siedzieliśmy w ciemnościach przy kilku zaledwie świecach, ktoś obok kochał się na podłodze wzywając dramatycznie dziesięć imion Pana z księgi Zohar. Piotrek chciał mi pokazać, co to jest pięcioraki pocałunek, pozwoliłam mu dotknąć się w kilku miejscach, kapać świecą w kształt odwróconego krzyża na swój brzuch, ale nie zgodziłam się na włożenie rozgrzanego sztyletu do pochwy. Powiedział, że to i tak nie ma znaczenia, bo to jest obrzęd pozbawiania dziewictwa.
– Wiesz, co to znaczy? – stanąłem porażony.
– Co masz na myśli? – patrzyła na mnie zbolała.
– Że robią to małym dziewczynkom, ty głupia, wyuzdana, zdegenerowana wariatko!
– Przecież ja tego nie robię! – prawie płakała. – A poza tym to była tylko impreza! Nikomu nie działa się krzywda!
– Więc uważasz, że to wszystko sobie wymyślił?
– Tak uważałam! Że to po prostu klimat wieczoru! Zabawa.
Staliśmy na środku pustej ulicy jak zacietrzewione małżeństwo na ringu tuż przed gongiem zezwalającym na rękoczyny. Ja nie mogłem uwierzyć, żeby mając cały świat u stóp, ktoś mógł zamieniać go w kloakę. Jej ten świat rozpadał się i przerażona widziała, że nie zechcę jej pomóc go poskładać.
– Musisz mi przysiąc, po prostu musisz, że uratujesz mojego brata. Niech go skażą w sądzie, może trzeba go będzie leczyć, ale nie możesz go zlinczować – wzięła mnie za ręce. – Każdą miłość można zabić. Moją do ciebie też.
– Ty wiesz, gdzie ich znaleźć.
– Przysięgnij!
– Przysięgam – skłamałem. (…)

Bomba magnezowa z zapalnikiem czasowym ma wygląd i wielkość dużego telefonu komórkowego, a jej główną zaletą jest to, że w ciągu ułamka sekundy po odpaleniu wytwarza temperaturę kilku tysięcy stopni. Jeżeli – nie daj Boże! – wybuchnie na przykład pod samochodem, to zamienia się on dość szybko w gotującą się kupę stopionego metalu. Mój prosty plan polegał na tym, że całe to towarzystwo nie będzie raczej wędrowało na sabat szlakiem orlich gniazd, podpierając się kijkami. A na odgłos pierwszych strzałów wszyscy runą do swoich maszyn, żeby znaleźć się jak najdalej od zamieszania. I ktokolwiek z nich przywiezie ze sobą ofiary, na pewno nie będzie ich zabierał w czasie ucieczki.
Na wszelki wypadek nie mówiłem Oli o swoich planach – mogłaby nie okazać zrozumienia i uznać, że przekraczam granice obrony koniecznej. I tak martwiło mnie, że nie zadaje pytań, choć nie mogła wiedzieć, co oglądam, układam i przeliczam. Siedziała w milczeniu, patrząc na moje ręce.
– Czuję się jak ta dziewczyna żegnająca ułana z obrazu Kossaka. Dlaczego uważasz, że wolno ci ich zabijać? Dlaczego po prostu nie pójdziemy na policję? Kim jesteś?
– To długa historia i nie czas ją teraz opowiadać. Ty bawisz się z Bafometem, ja czuję jego śmierdzący oddech od kilku tygodni. Od czasu jak zabili Kasię Szczęsny, słyszałaś o tym? To ją chciałem kochać nad życie, z nią chciałem się żenić.
Ola wyprostowała się i spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
– Z córką Szczęsnego? Ile ona miała lat?
– Szesnaście.
Milczeliśmy dłuższą chwilę. Nie uciekałem wzrokiem.
– No to coś ci się chyba pomieszało. Albo nie mówisz mi wszystkiego.
– Nie mówię.
– Piotrek jej nie znał.
– Znał.
– Nie znał – kręciła głową, grzebiąc w pamięci. – Rozmawialiśmy o niej już potem, jak zginęła. Nie powtórzę ci teraz jego słów, ale chodziło właśnie o to. Że nie zdążył jej… – spojrzała na mnie – poznać.
– Wyruchać, tak powiedział, prawda?
– Bartek, ja się ciebie nie boję – dotknęła moich zdrętwiałych ust. – Ale wybacz, to się nie trzyma kupy. Nie mogłeś się ożenić z nastolatką.
– Chciałem zaczekać. – Wiedziałem, że jestem śmieszny.
– Ale ona nie zaczekałaby na ciebie! Nawet jeżeli wasz romans zatrząsł jej ziemią w posadach. Była na to za młoda – wciąż kręciła głową. – Piotrek jej nie zabił.
– Nie było żadnego romansu. A tuż przed śmiercią była u was w domu. Może nawet tam zginęła.
– U nas w domu? A co na to policja? Dlaczego w takim razie nie przesłuchali Piotrka?
– Nie wiem. Twój ojciec ma mnóstwo pieniędzy i mocne plecy.
– A Szczęsny nie? Teraz rozumiem te jego niedopowiedzenia. Ty szukasz dla niego mordercy.
– Nie szukam.
– Więc o co chodzi? Masz ją pomścić?
– Ja chcę… – nie było to już takie łatwe. – Chcę, żeby Kasia zmartwychwstała.
 Powrót do góry

ANGIELKA
(ukończona wiosną 1997, opublikowana w grudniu 2004)


W nocy obudził dziewczynkę jęk. Odkąd przebywała z Emmą nie wydała ona z siebie żadnego dźwięku i Sonia przestraszyła się. Zapaliła światło. Emma leżała na boku skulona, palce obydwu dłoni zacisnęła we włosach. Miała rozpaloną twarz, błyszczące oczy, a jęk wydobywał się z otwartych szeroko ust. Kiedy jej oddech kończył się, spazmatycznie wciągała powietrze i wydawała z siebie następny, przeciągły, przerażający jęk. Sonia rzuciła się do niej i złapała ją za wczepione we włosy dłonie.
– Co się stało?!
Palce były tak mocno zaciśnięte, że Sonia nie mogła ich rozewrzeć. Emma rzuciła się całym ciałem i dziewczynka o mało nie spadła z łóżka. Jęk Emmy był coraz głośniejszy i przechodził w zwierzęce wycie. Jej ciało skręciło się, a suche oczy nagle zapadły w głąb czaszki. Sonię ogarnęła trwoga i zaczęła płakać. Jeszcze raz spróbowała złapać ją za ręce i przytrzymać, ale poczuła jak Emma wyrywa sobie żywe włosy i odskoczyła od niej w panice.
– Niech pani przestanie! – krzyknęła histerycznie. – Nie wiem co robić!
Emma wyła już tak nieludzko, wijąc się i skręcając, że dziewczynką owładnęło przerażenie. Upadła na kolana i zatykając sobie uszy sama zaczęła krzyczeć. Ponieważ w dalszym ciągu słyszała wycie Emmy, wczołgała się pod łóżko. Tam szlochała rozpaczliwie ze strachu i współczucia.
Zdumiewające jest, jak daleko rozchodzi się ludzki krzyk w nocnej ciszy. Dwór Emmy otoczony jest hektarem parku, ogrodzonego starym, ceglanym murem wysokości człowieka. Od zachodu, za murem rozciągają się przez około trzysta metrów pola uprawne, które dochodzą aż do krawędzi Puszczy Bolimowskiej.
Brzegiem lasu jechał konno mężczyzna. Nazywał się Adalbert Poniatowski i był sąsiadem Lecha. Spotkali się kilkakrotnie, chociaż żaden z nich nie szukał przyjaźni. On też odzyskał swoje dobra po plajcie komunistów i podźwignąwszy pałac w Tokarach z totalnej ruiny, mieszkał tam czasami, kiedy akurat nie gnało go na drugi koniec świata. Co noc odbywał konne przejażdżki, nie mogąc spać.
Krzyk Emmy dotarł do niego przez noc i pola. Mężczyzna zatrzymał się i słuchał. Potem bez pośpiechu skierował konia w stronę dworu. Wiedział, że Lech nie żyje i nie interesowało go, kto przejmie Zapole. Pod murem jeszcze raz zatrzymał się i słuchał.
Musiał mieć stalowe nerwy lub być nawykłym do ludzkiego cierpienia, bo nie słyszał ponaglenia. Powoli prowadził konia wzdłuż muru, aż dojechał do bramy. Była otwarta. Wjechał do parku i skierował się w stronę ciemnego dworu. Nie odczuwał współczucia i nawet przez chwilę nie pomyślał o tym, co mogło spowodować u kobiety taką rozpacz. Jej krzyk wołał go, bo był mu potrzebny. Objechał dom dokoła i stanął między drzewami, na wprost oświetlonego okna sypialni.
Adalbert Poniatowski nie miał zbyt wysokiego mniemania o ludziach i przyczynach ich cierpień. To, przez które sam przeszedł, uznał kiedyś za dające mu prawo do rzucenia wyzwania Bogu. Teraz słuchał wycia tej nieznanej kobiety i mimo niespokojnych ruchów konia nie miał zamiaru reagować. Nie chciał też, żeby przestała krzyczeć. Nie, nie dlatego, że sprawiało mu to przyjemność. Jej wycie było zaprzeczeniem jego kosmicznej samotności. Okazało się, że nie jest sam na Ziemi.

(…)
– Czegokolwiek potrzebujesz... pomogę ci – Poniatowski stojąc poczuł się bardzo daleko od niej więc też usiadł. Emma popatrzyła na niego.
– Nie możesz mi pomóc, nikt nie może. Moje dziecko nie żyje. Mój mąż nie żyje. Jak chcesz mi pomóc? Kupisz mi nowych?
– Moja żona została zabita w dziewiątym miesiącu ciąży – słowa same wychodziły mu z gardła i układały się w zdania. Nie przypuszczał, że kiedykolwiek do tego dojdzie. – Spaliła się. Jej brzuch pękł i dziecko wypadło na ulicę. Jeszcze się ruszało. Nie mogłem... doczołgać się do nich.
Emma słuchała patrząc na jego łamiącą się twarz.
– Widzisz? Tobie też nikt nie może pomóc – jej palce były już chyba zgniecione na miazgę. Poniatowski nie mógł tego znieść. Złapał ją za dłonie i rozerwał je. – Tu już nie ma nic do zrobienia. Może za dwadzieścia lat ja też będę umiała wydawać przyjęcia. Czy wiesz, że były dzisiaj chwile, że już nie myślałam o niej? O mojej małej córeczce? Czy wiesz co to znaczy? Jak szybko się zapomina? Ale ja nie chcę zapomnieć. Chciałam umrzeć razem z nią, ale przeżyłam. Ona umarła, a ja przeżyłam! Mój mąż potrafił umrzeć, a ja nie. I niedługo, a zapomnę o nich całkowicie. Żebym nie wiem co robiła, w końcu zapomnę. I muszę z tym żyć. Że ją zdradzę i zostawię. Że będę się śmiać i bawić, i może urodzę sobie inne dziecko. Że taką właśnie matką jestem i nic nie mogę dla niej zrobić. Mogłam z nią tylko umrzeć ale nawet tego nie potrafiłam! Już dzisiaj piję szampana i słucham dowcipów. Jak ja mam z tym żyć?
Serce Poniatowskiego waliło jak oszalałe. Emma mówiła to wszystko kilka centymetrów od jego twarzy, czuł jej zapach i wilgotne ciepło dobywające się z ust. Była tak blisko, że zdawało się nie będzie już potrafiła odizolować się znowu. Tak bardzo chciałby umieć objąć ją, tak, żeby już nic nie musiała mówić. Przecież nikt oprócz niego jej nie zrozumie! Ona musi to wiedzieć. Przecież patrzy mu w oczy. Dlaczego go odtrąca? Chciałby umieć się rozpłakać.
Oprzytomniał. Zdał sobie sprawę, że teraz on miażdży jej nadgarstki. Puścił ją, obydwoje spojrzeli w dół, na jej ręce. Były białe, bezkrwiste, z czerwonymi plamami, które momentalnie zaczynały sinieć. Miała rację. Przecież sam wiedział, że nic nie można zrobić. Wstał, nalał dwie szklanki wody, podał jej jedną ale patrzyła w okno i nie sięgnęła po nią, rozcierając ślady po jego uścisku.
– Trzeba poszukać Sonię – postawił szklankę na stoliku.
– Nic nie zrozumiałeś – minęła chwila, zanim Emma odezwała się. – Moja córka nie żyje. Sonia nic mnie nie obchodzi.
Rozumiał. Tylko, że film się skończył.
– Chodź, odwiozę cię do domu.
 Powrót do góry

AVAKAK. POWIEŚĆ POETYCKA
(ukończona 1982, nie opublikowana)


– Wstawaj, kurwa, wszyscy już na plaży – Andrzej pił piwo z butelki. – Śpisz i śpisz, a piwo się grzeje.
Uniósł się powoli, łeb pękał.
– Masz – Andrzej podał mu piwo. – Rybka ci zaszkodziła? – śmiał się. – Trzeba było zostać do końca, dowiedziałbyś się co to wódka.
Rzeczywiście nie został do końca, nie mógł. Przyszła do swojego męża. Przytulanki, pieszczoty. Z pijanym Poetą. Nie wytrzymał. Wstał i poszedł. Leżał w ciemności kilka godzin, słyszał jak koło piątej przynieśli Andrzeja, z którym dzielił domek kempingowy.
Przecierał dłońmi twarz. W moim wieku zakochać się w żonie kolegi! Koniec, dno: Mniszkówna i sąd wojewódzki.
Upał rozsadzał drewniane ściany i choć za uszami i na czole pojawiły mu się krople potu, zrobiło mu się zimno.
– Czy ty mi przypadkiem nie mdlejesz?
Powiedzieć, nie powiedzieć?
– Ja się chyba głupio wpierdoliłem na starość.
– Z kim? – Andrzej zrozumiał to opacznie.
Milczenie jest złotem!!!
– Z żoną Poety.
– Ona ci dała?! Kiedy?!
– Nie o to chodzi.
– No to co to znaczy, że się wpierdoliłeś? Zakochałeś się?
Dygot szarpnął ciałem. Opanował nawet gardło.
– Co za dno – zdołał wyszeptać.
Andrzej nie bardzo wiedział jak się zachować. Wyciągnął spod łóżka butelkę wódki, polał do szklanek.
– Ty to pewnie będziesz musiał przestać z takim majonezem we łbie, ale to raczej od jutra. Zdrowie.
Przechylili. O mało nie zwymiotował przez to ściśnięte gardło. Przełykał kilka razy, wreszcie poszło. Czekali.
– Lepiej? – Andrzej chyba nie mógł jeszcze uwierzyć w to, co usłyszał i zobaczył. Poszły w ruch papierosy i zapałki. Polał znowu. – No to na drugą nóżkę.
Jemu było już wszystko jedno. Pierwsza szklaneczka zaczynała działać, można było startować. Byle nie ruszać tematu. Za otwartym oknem pokazała się studentka z Wrocławia.

(…)
– Wiesz – zaczął Andrzej kiedy znowu zostali sami – fajnie byłoby zorganizować jakąś intrygę, żeby ci dała.
Nie musiał mówić o kogo chodzi.
– Z nią? To musiałby być chyba co najmniej Szekspir. Ze cztery trupy i rok żałoby.
– Przesadzacie kolego. Gwarantuję wam, że wystarczy komedia dell'arte.
– Jeszcze nigdy nie widziałem tak zakochanej cipy. Świata poza nim.
– I to cię tak bierze? Wielki Eksperymentator w ciepłych papuciach? – Andrzej nagle wyprostował się. – Jest sposób. Stary jak świat. Da ci z zemsty. Musisz tylko być obok niej w odpowiednim momencie.
– Nie da rady.
– A ja ci mówię komedia dell'arte. Pani przyłapuje pana ze służącą, a markiz tylko na to czyha. Ale musisz jej wyznać swoją wielką miłość, pamiętaj.
– Pierdol się.
– No no, ja ci tu prawie własnej dupy nadstawiam, a ty z wyzwiskami. Jak trzeba to trzeba. Ciach!
Wypili. Weszły siostry.
– To są właśnie panowie malarze z Warszawy, pijani już w południe.
– Iza – powiedziała nastoletnia Jane Birkin podając im rękę.
– Są tylko dwie szklanki, ale damy sobie radę.
– My nie pijemy – zakomenderowała starsza – ja pracuję zaraz, a ona za młoda.
– Jesteś za młoda? – zapytał Andrzej.
– Nie, naprawdę dziękuję. Ja nie lubię wódki.
– Słyszysz, byku? Dziękuję, nie lubię wódki. Warto było tu przyjechać, żeby coś takiego usłyszeć.

(…)
Ktoś zapukał do drzwi. Miał nadzieję, że to jednak nie ta mała. Przygotował brutalny wyraz twarzy, otworzył.
Była piękna. Tak piękna, że cierpienie przeżerało mu mózg. W białym kostiumie, opalona, jasne włosy związane z tyłu.
– Cześć, nie ma u was Macieja? Gdzieś zniknął.
– Jesteś piękna.
– Hm, dziękuję. Mam nadzieję, że to nie halucynoza.
– Czy ty mnie przypadkiem nie obrażasz? Wejdź.
– Dziękuję – weszła. – Sam jesteś? Obudziłam cię.
– Nie. Właśnie mi się śnisz. Siadaj.
Dyskretnie obejrzała prześcieradło na łóżku Andrzeja zanim usiadła.
– Piliście już dzisiaj. Ten zapach – pokręciła głową.
– Smród. Taki już nasz los. Ale Poety tu dzisiaj nie było.
– To nie wietrzeje nawet przy otwartym oknie.
– Wietrzeje. Dużo ludzi paliło tu papierosy – zapalił.
– To już można leczyć, wiesz.
– Nie wiem. Najpierw trzeba poradzić sobie ze śmiercią. Dopóki wydaje się nam, że chcemy umrzeć, nie da się przestać. Trzeba dotknąć śmierci i wtedy się decydować. Gadanie o tym jest banalne. To taka forma niedojrzałości.
– A mówisz tak dojrzale.
– Uwodzę cię.
– Potrafisz być bardzo miły – wstała. – Muszę znaleźć Macieja. Czasami wydaje mi się, że moim jedynym zadaniem na tej ziemi jest bronić go przed nim samym.
– Dopóki będzie mu się zdawało, że chce umrzeć, nie pomożesz mu.
– Nie podoba mi się to zdanie.
– Ty nie pijesz?
– Widocznie nie muszę. Nie rozmyślam o śmierci.
– My też jeszcze nie – roześmiał się. – Wtedy trzeba byłoby przestać. Albo wreszcie umrzeć naprawdę, a nie bajerować.
– Masz jakiś okropny nastrój. Uciekam od ciebie.
Postanowił wykąpać się w morzu przed obiadem. Wziął ręcznik. Na plaży Poeta monologował do wpatrzonej w niego, pięknie zbudowanej licealistki.

(…)
W domku czekał na niego Andrzej.
– Zerżnąłeś tę małą?
– Daj spokój, nie dzisiaj.
– Może to i dobrze. Wszystko nagrałem. Jesteś trzeźwy?
– Co to za filisterskie pytanie? – od razu poczuł się zdenerwowany. Zapalili.
– Na razie już nie pij. Słuchaj uważnie.
Wiedział, że tego nie chce, ale czuł się bezradny.
– Tak koło szóstej ona będzie sama. Musisz ją znaleźć. Spod ziemi, z otchłani morskich, o szóstej masz z nią być. Wiesz gdzie siostrzyczki mieszkają?
– Tak – uczucie, że zaraz dowie się czegoś plugawego nie opuszczało go. Ale nie miał woli, żeby oponować.
– Masz ją tam przyprowadzić tak trochę po szóstej. Nie wcześniej. Coś wymyślisz. Że pijemy z Poetą, cokolwiek. Masz być inteligentny i popierać Women's Lib. Masz bez pukania otworzyć drzwi i puścić ją grzecznie przodem – hipnotyzował go wzrokiem. To był Andrzej na trzeźwo. Gracz. Niebezpieczny przeciwnik. – Rozumiesz?
Nie odpowiadał.
– Kurwa jego mać, co ci się nie podoba? Panie Eksperymentator, obudź się pan! Poety nie znasz? Nie pierdolisz z nim wielbicielek? To jest równy nam skurwysyn i nie obrażaj go jakąś mieszczańską moralnością. Po prostu zadbaj, aby zamiast w morskie fale rzuciła się w twoje ramiona. Przecież ona musi o wszystkim wiedzieć, ale zaprzecza sama przed sobą. Takie odkłamanie dobrze jej zrobi.
– Nie mów tyle.
– Chcesz ją czy nie? Ja ją znam dłużej od ciebie i czuję, że możesz ją dzisiaj mieć. Odkąd tu przyjechaliśmy Poeta chleje na umór i ciągle znika. Przecież ona wie, co on wtedy robi, ale musi to zakłamać, żeby nie zwariować. Wyobrażasz sobie jakie to jest napięcie? Ona dzisiaj pęknie, bo tego chce, chce ulgi, bo już ledwo zipie. Masz wtedy przy niej być i nie chcę słyszeć, że ci nie stanął.
– Dajesz pojarać. Napijmy się.
– Chętnie. Tylko nie chciałbym zobaczyć, że ci się znowu bania lasuje.
– Zakładasz się?
– No wreszcie – klepnął go w plecy. – Takiego cię lubię.
Wyjął spod łóżka butelkę wódki, polał do stojących od rana szklanek. Stuknęli się, wypili. Była ostra, ciepła i – o Jezu, jaka dobra!

(…)
Chyba marzył, żeby jej nie spotkać, ale miał pecha. Siedziała przed domkiem i czytała.
– Bez męża?
– Męskie sprawy. Myślałam, że z tobą.
– Nudzisz się?
– Nie, skądże.
– Mam sobie iść?
– Nie nie, miło się z tobą rozmawia – zamknęła książkę. – Pewnie napiłbyś się czegoś.
– Jasne – jeśli tego po nim oczekiwała.
– Chodźmy do środka.
W domku obezwładniał porządek. Pudełeczko. Wyjęła napoczętą butelkę śliwowicy.
– Lubisz to?
– Ja wszystko lubię – gramy dalej. Nalała po odrobince do szklanek. – Tobie pewnie do pełna?
Skinął głową z przepraszającą miną. Dobrze wypadło.
– Daleko moglibyście zajść wszyscy, gdybyście tyle nie pili.
– Przepraszam, ale ja się w tę podróż nie wybieram. Wątpię też czy twój mąż pragnie gdzieś dojść. To nie ten program.
– Jacy rzeczywiście niedojrzali jesteście. Chłopcy z fajerkami. Ale ranicie jak dorośli.
Cokolwiek się tam roiło, była to bardzo piękna głowa. Lekko przechylona, trochę zamyślenia w oczach, autystyczny uśmiech. Zasłużyła sobie na wszystko co miało się jej przydarzyć.
– Andrzej pije u swojej dziewczyny. Poeta też tam pewnie jest.
– Nie będziemy przeszkadzać jeśli to jego dziewczyna?
– Nie, czekają na mnie.
– No to ja będę wam przeszkadzała.
– Jak ci się nie spodoba, to sobie pójdziesz.
– Dobrze. Tylko założę sukienkę.
Droga do domku Doroty była stanowczo za krótka. Stali pod drzwiami.
– To tutaj? – zapytała.
– Wejdź – otworzył drzwi.
 Powrót do góry


Uważaj, gdy ścigasz diabła.   Bo możesz znaleźć go w sobie.